Kobieca choroba

Osobiście.

Ten artykuł będzie bardzo osobisty, bo osobiste (żeby nie powiedzieć: intymne) są dolegliwości związane z chorobami. To każda z nas indywidualnie boryka się z bólem, niedogodnościami, objawami. To każda z nas musi przejść przez proces poznawania siebie w chorobie, swojej słabości, niedomagania. A choroba która dotknęła mnie, dotyka wiele kobiet. Ogromna większość z nas poddaje się, rezygnuje z dotychczasowego trybu życia, aktywności, przyjemności, wyglądu. Ta choroba powoduje, że kobiety szarzeją, opadają im skrzydła, czują się nieatrakcyjne we własnej skórze. Za wszystko jest odpowiedzialna nasza kochana tarczyca. A ponieważ mam doświadczenie w przebiegu i znoszeniu objawów niedoczynności tarczycy, chcę się tym z Wami – tak po babsku – podzielić.

Początki.

Od zawsze byłam jak sprężynka, która nie usiedziała chwili spokojnie. Sport towarzyszył mi od dziecka i nigdy nie miałam problemu z wagą. Byłam szczupła, energiczna, radosna. Na trzecim roku studiów w ciągu kilku tygodni (tygodni!!!) przytyłam 5 kilogramów. Ciągle byłam zmęczona i rozdrażniona. Młoda dziewczyna, która zamiast na imprezę wskakuje pod kołdrę, żeby się zdrzemnąć? Studentka AWF’u, która kombinuje jak się urwać z treningu? Przeraziłam się. Ja taka nigdy nie byłam. Co się dzieje? Lekarze, badania i diagnoza: niedoczynność tarczycy. Leki ustawione z automatu. Lekarz, który nie był zainteresowany przeprowadzeniem obszerniejszego wywiadu, zapytaniem o tryb życia, odporność psychiczną, sytuacje stresowe. Recepta, tabletki, dawkowanie. Wiek nie ma znaczenia, to dotyka również młode osoby. I zdawkowe: kontrola za kilka miesięcy. Zastosowałam się do zaleceń, regularnie łykałam pigułkę. I co? Raz lepiej, raz gorzej. Trzy kilo w dół, dwa kilo w górę. Dni kiedy tryskam energią i tygodnie kiedy zmuszam się do otwarcia oczu. Kolejna wizyta po kilku miesiącach, kolejne badania i wyniki: znowu złe. Nowe dawkowanie i znowu: proszę przyjść za parę miesięcy. Przyjęłam, że tak już musi być. Czasem trudno mi było wytrzymać samej ze sobą. Bujałam się w ten sposób przez kilka lat. Do momentu, kiedy nie zapragnęliśmy dziecka…

Ciąża.

Minął miesiąc, drugi, trzeci… Zaczęłam się martwić, czy wszystko w porządku, czy w ogóle będziemy mogli mieć dzieci!? Kolejna miesiączka i strach, łzy, rozczarowanie. W końcu zebrałam się na odwagę: poszłam do lekarza ginekologa-endokrynologa. Oczywiście nie ma rozmowy, dopóki nie zrobię badań poziomu TSH. Wyniki jasno pokazują: za wysoki. Przy niedoczynności tarczycy nie ma szans zajść w ciążę, jeśli poziom TSH nawet mieści się w widełkach normy: musi być poniżej. Całe szczęście lekarz okazał się mądry, rzetelny i patrzący holistycznie na człowieka. Trzeba było obniżyć poziom hormonu i… po miesiącu, jak to się mówi „od pierwszego strzała” test pokazał dwie kreski. Radość, szczęście, łzy i… tabletki. To ważne, aby wiedzieć, że tabletki bierze się cały czas – również w trakcie ciąży i koniecznie pod kontrolą lekarza.

Po porodzie…

Pierwszy poród, a po porodzie…  zapalanie tarczycy. Jakby nie było dość wahań hormonalnych związanych z porodem. Wiecie jak to jest, młoda mama, pierwszy raz w tak ważnej roli, cały świat staje na głowie i zaczyna się kręcić wokół najsłodszej istotki, związek przechodzi próbę ogniową, sama nie wiesz jak to wszystko ogarnąć i jeszcze dostajesz w pakiecie zapalenie tarczycy. No cudownie… znowu chwiejność nastrojów, znowu wahania wagi, wypadające włosy, sucha skóra. Można byłoby wszystkie te objawy zwalić na ciążę, poród, stres, brak regularności w trybie życia, brak snu. Całe szczęście mój mądry doktor kazał zrobić badania i odkrył poporodowe zapalenie tarczycy, nota bene bardzo częste. Natychmiast „ustawił” mnie odpowiednim dawkowaniem leku. Czułam, że wracam do żywych. Druga ciąża była „powtórką” – znowu obniżanie poziomu TSH, znowu bez problemu zaszłam w ciążę, znowu całe 9 miesięcy pod kontrolą endokrynologa. Było łatwiej, bo problem oswojony przestaje być problemem.

Fitmom.

Dziewczynki rosły a ja tęskniłam do ruchu. Jak tylko mogłam, zaczęłam ćwiczyć. Może pamiętacie mnie z tamtego etapu: biegającą z wózkiem po parku, robiącą treningi dla mam. Ruch, aktywność, sport – chciałam czuć, że żyję. Zaczęłam działać on-line, skupiać co raz więcej osób wokół moich ćwiczeń. Kolejnym krokiem były treningi on-line na FB. Regularnie, bez pardonu, dając z siebie wszystko. Eksploatowałam swoje ciało, stresowałam się przed kamerą, dawałam z siebie wszystko na macie. I się doigrałam: organizm się zbuntował. Po swojemu, po kobiecemu krzyknął: hola, hola, STOP!!! Zrobiłam badania tarczycy i się przeraziłam. Wszystko rozwalone, gospodarka hormonalna szaleje, stres wzmaga poziom kortyzolu, który wpływa na poziom adrenaliny i TSH, prolaktyna po ciąży też wariuje. Nic dziwnego, ze czułam się codziennie rano jakbym wstawała po wykonaniu 12 prac Herkulesa. Ja jestem kobietą, która żadnej pracy się nie boi, ale bez przesady…

To jeszcze nie koniec!

Ten artykuł nie wyczerpie wszystkich wątków, które chcę poruszyć w związku z zaburzeniami pracy tarczycy i ich wpływem na kobiecy organizm i nasze życie. Wkrótce powstanie cały cykl związany z niedoczynnością tarczycy, chorobą Hashimoto i tym, jak sobie z tym radzić. Chcę Wam jednak już teraz, już w pierwszym blogu na ten temat bardzo jasno i wyraźnie powiedzieć: nie bagatelizujcie objawów, nie kładźcie wszystkiego na karb stresu, przemęczenia, niedospania. Badajcie się, sprawdzajcie, kontrolujcie. Można tak okiełznać tę chorobę i poznać swój organizm, aby nie rezygnować z życia.

Anka Dziedzic

Trenerka, Blogerka, Influencerka, Propagatorka aktywnego stylu życia. Sport towarzyszy mi od zawsze i chcę się nim dzielić. Uwielbiam aktywność fizyczną i zrobiłam z niej swój sposób na życie. A od życia chcę wiele i pewnie przez to prawie zawsze jestem zabiegana. Prywatnie jestem Żoną Dawida, mamą Leny i Poli, z urodzenia góralką. Moi przyjaciele twierdzą, że choć jestem urocza, to nie owijam w bawełnę. Cóż, staram się być autentyczna, choć na pewno nie idealna, konsekwentna, ale uparta. Cała ja.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Anka Dziedzic
Logo