Narciarski wyjazd z naferie.pl

Sezon narciarski w Polsce zamknęłam. W Polsce 😊

W tym roku – pierwszy raz w historii naszej familii – zdecydowaliśmy się na Rodzinny Wyjazd narciarski. Dziewczynki podrosły na tyle, że nastał odpowiedni już moment, aby lekcje brane na warszawskiej Górce Szczęśliwickiej zamienić na próbę „w terenie”. Zdecydowaliśmy że są gotowe na szkolenie narciarskie w górach – przez 6 dni, po 4h dziennie. Sztos!
A my? Po 5 latach przerwy Anka i ja mieliśmy mieć okazję ponownie stanąć na naszych ukochanych deskach. W epoce „bezdzietnej” jeździliśmy regularnie na narty i oboje uwielbiamy białe szaleństwo.

Organizator: naferie.pl

Na https://www.naferie.pl/ trafiliśmy przypadkiem – z rekomendacji znajomych. W trakcie luźnego spotkania – tuż po Nowym Roku – namawiali nas abyśmy z nimi pojechali. Oni sami pierwszy raz wybierali się z naferie.pl na Rodzinny Wyjazd – również z rekomendacji znajomych. Po zapoznaniu się ze szczegółami oferty na stronie www wybraliśmy termin 16-23 luty, z zakwaterowaniem w Pensjonacie „u Gąsienicy” w Murzasichle.
Wyjazdy Rodzinne mają to do siebie, że jądrem uwagi są dzieci. I w tym – kluczowym aspekcie – naferie.pl ustawiło poprzeczkę bardzo wysoko. Nie mamy porównania z konkurencją, ale trudno nam sobie wyobrazić co jeszcze można by dodać czy lepiej/inaczej zorganizować, aby standard naferie.pl przeskoczyć.

Harmonogram dnia wyglądał następująco:

  • 8:00 – śniadanie
  • 9:20 – wyjazd autokarem spod Pensjonatu na stok Rusin Ski
  • 10:00-12:00 – szkolenie narciarskie
  • 12:00-12:30 – lunch dla dzieci na stoku (za dodatkową opłatą)
  • 12:30-14:30 – szkolenie narciarskie
  • 15:30-16:30 – obiad
  • 16:30 – 18:30 – czas wolny (w tym czasie atrakcje dla dzieci i rodziców)
  • 18:30 – 19:30 – kolacja
  • 20:00 – 21:30 – Bajkoteka

Codziennie, w czasie wolnym oraz po kolacji, program atrakcji dla dzieci i dorosłych był super bogaty. Kulig, warsztaty kulinarne z uczestnikiem programu Master Chef, wieczór z muzyką na żywo. Warsztaty lawionowe, warsztaty rzeźby / malowania na szkle dla dzieci, Wielki Quiz  Do wyboru, do koloru!
Ale atrakcje, choćby nie wiadomo jak „pojechane”, spełzną na niczym, jeśli zabraknie ludzi. Odpowiednich ludzi.

Kadra instruktorska.

W pierwszym dniu szkolenia dzieci zostały podzielone na grupy pod względem umiejętności narciarskich zadeklarowanych przez swoich rodziców (jedną z formalności związanych z zawarciem umowy jest wypełnienie odpowiedniej Ankiety Narciarskiej dziecka). Nasze dziewczynki trafiły pod skrzydła Instruktora Kuby – głównego Szołmena całej kadry szkolącej, który swoim naturalnym  sposobem bycia, entuzjazmem i podejściem do dzieci sprawił, że… zawładnął uwagą dzieciaków niemalże całkowicie. W przypadku naszych dziewczynek świadectwem tajemnych mocy były 2 zdania, które wypowiedziały na koniec drugiego dnia szkolenia. Czekaliśmy na nie na końcu taśmy wyciągowej i obserwowaliśmy, jak zbliżają się do nas, w nadal zaciągniętymi na oczy goglami i marsowymi minami (zdj.) Z duszą na ramieniu zakładaliśmy, że zaraz staniemy w obliczu narzekania, padania ze zmęczenia, i zwyczajowego marudzenia. Dziewczynki dojechały, zeszły z taśmy po czym oznajmiły: „My chcemy jeszcze. I nie chcemy jeszcze kończyć”. „Kopary” nam opadły. Kurtyna też. Alleluja!

Poza tym dziewczynki postawiły sobie za punkt honoru stworzyć dla Kuby najładniejszą laurkę w ich dotychczasowym życiu. Zresztą, pewnie niejedna dziewczynka „zakochała się” w Kubie, a pewno niejeden chłopczyk myślał sobie „I wanna  be like Kuba” (nawiązanie do reklamy „I wanna be like Mike” z udziałem Michale’a Jordan’a).

Codziennie, przez 6 dni, Kuba taszczy na stok ogromny głośnik, dzięki któremu rozgrzewka prowadzona przez niego, nabiera wymiaru niemalże imprezy, a układ taneczno-rozgrzewkowy, który „serwuje” wciąga nie tylko dzieciaki, ale i dorosłych. To, że – jak na dżentelmena przystało – pomaga przy załadunku i rozładunku nart do bagażnika autokaru, wspomnieć również warto.
Nie zebrałem takiego szczegółowego materiału dowodowego o innych Instruktorach (i dwóch Instruktorkach) – zwłaszcza w kontekście podejścia do dzieci. Niemniej jednak z tego, co dane mi było zauważyć przypadkiem – przejeżdżając obok grup, którymi dowodzili na stoku, chcę śmiało napisać: dawno nie widziałem takiego etosu pracy, takiego podejścia – a nader wszystko : takiego entuzjazmu w jej wykonywaniu – jak u tych ludzi. Dodam, że był to ich 8 turnus pracy z rzędu! Szacuneczek!

Na koniec, ale nie ostania; Sylwia. Koordynatorko-Załatwiaczka. Kobieta, która poruszając się bezszelestnie po Pensjonacie ogarnia wszystko organizacyjnie – łącznie z animacjami. Jest niemal cały czas na miejscu, nocuje w budynku obok – na wypadek nagłej potrzeby pomocy, np. wezwania lekarza. To taki Anioł-Stróż i Kobieta Pracująca w jednej osobie.

W ostatni dzień Wyjazdu dzieci uczestniczą w zawodach zorganizowanych przez Kadrę. Slalom, z profesjonalnie rozstawionymi tyczkami, pomiarem czasu. Jest zagrzewanie i doping, są brawa i uściski na mecie, są uśmiechy i radość dzieciaków, a i rodzicom na sercu miękko potrafi się zrobić. Po powrocie do Pensjonatu każde dziecko otrzymuje dyplom za udział (nie za zajęte na zawodach miejsce), medal i pamiątkowy kubek – bardziej użyteczny dla dzieciaka niż puchar. No i „przytulas” (tudzież „piona”) od wujka Kuby w trakcie wręczania. Koszt finansowy gadżetów znikomy, a wspomnienia, które będą dzieciakowi one przynosić – bezcenne. Można? Można!

Pensjonat „u Gąsienicy” w Murzasichle

Budynek przestronny, jasny, 3 piętrowy, wygląda na całkiem nowy. Na parterze Pensjonatu http://www.u-gasienicy.pl/ znajduje się całkiem przestronne lobby, swego rodzaju kącik z półkami na buty narciarskie, dwustronny i ruchomy stojak na narty oraz dodatkowa, metalowa „szafka” dedykowana głównie dziecięcym nartom. Oprócz tego jadalnia i sala zabaw. Miejsce parkingowe mieści kilkanaście samochodów.

Pokoje w opisie takie, jak budynek. Wrażenie: „nowe”. Czyste. Przydałoby się doposażyć pokoje (a z pewnością ten, w którym byliśmy zakwaterowani – jego zdjęcie widnieje na stronie Pensjonatu) w szafy, regały, półki. Biorąc pod uwagę wielkość garderoby oraz liczbę gratów, które przywozi się ze sobą za narty (a dokładniej – zimą), 4 osoby nie „zmieszczą się” w tych 3 szafach, które widać na zdjęciu. Sporą część ubrań trzymaliśmy nierozpakowane w torbach podróżnych pod łóżkami. Półeczka, na której postawić można kosmetyki kąpielowej w kabinie prysznicowej – bardzo mile widzianą by była. Wydatek żaden, a komfort podniesiony.

Jadalnia raczej nie jest w stanie pomieścić wszystkich uczestników w tym samym czasie (zresztą,  w którym pensjonacie jest taka jadalnia, która pomieści?). Lepiej zatem „odpuścić” sobie przybywanie na „start” śniadania i kolacji. Można przyjść nieco później – i też człek głodnym nie wyjdzie. Nie ma obaw, że czegoś zabraknie, że jakaś potrawa Was ominie albo, że w ogóle nic nie zostanie. Jedzenia było pod dostatkiem.

Salka zabaw dla dzieci – wg mnie wystarczająca – zarówno pod względem wielkości, jak i wyposażenia. Jej głównym zadaniem jest bycie chwilową „zabawialnią” w przerwie pomiędzy obiadem a kolacją, a nie byciem centrum spędzania większości czasu w trakcie pobytu. Z końcu do Murzasichle przyjeżdża się by „zażywać bycia na zewnątrz”, a nie po to by siedzieć w murach bawialni.

Klimatyczna góralska Izba Regionalna, znajdująca się obok Pensjonatu, tworzy całość kompleksu Państwa Gąsienica. Ciężkie, klimatyczne stoły i ławy, ogromny kominek, antresola. Przestrzenna. Uczestnicy Wyjazdu spożywają w niej obiady.

Wyżywienie składało się z 3 posiłków dziennie (a dla dzieci – za dodatkową opłatą – z 4, włączając w to lunch na stoku). Śniadania i kolacje – bardzo tradycyjne. Codziennie inna potrawa „ciepła” – od jajecznicy, poprzez parówki, kiełbasę grzaną, itd. (w końcu na stoku trza mieć siłę), a na oscypkach wieczorową porą kończąc.  Przydałoby się nieco więcej świeżych warzyw, włączając w to przede wszystkim sałatę. No i prośbo-sugestia do Pensjonatu by nie posypywać pieprzem świeżych pomidorów – podać je „saute” (większość dzieci nie lubi jeszcze pieprzu, a jeśli lubi to doprawi sobie samo – po nałożeniu swojej porcji na talerzyk – tak samo, jak dorosły).  Obiady – tradycyjne, ale bardzo smaczne i nie „ciężkie”, jak często kuchnia góralska może się kojarzyć. Zupa, II danie, kompot, deserek. Zupy (wg nas raczej każda z nich zabielana) pyszne. O dziwo ani raz rosół nie został zaserwowany 😊 Codziennie głównym składnikiem II dania było mięso (pozytywny standard, akurat w sam raz chyba raczej dla każdego), a w piątek ryba. Tego dnia nie został podany deser – siła tradycji 😉

W krótkich zdaniach podsumowania: wyjazd był super udany, zarówno z perspektywy dzieci jak i rodziców. Dzieci miały mnóstwo wrażeń, nie było czasu na nudę, a główny cel: podniesienie umiejętności jazdy na nartach został bezboleśnie zrealizowany. Nawet więcej: nasze dziewczynki połknęły narciarskiego bakcyla na dobre. Z naszego punktu widzenia naferie.pl nie tylko genialnie zajmowało się dziećmi, ale dało nam czas dla siebie. Mieliśmy długie godziny na szusowanie po stokach i małżeńskie pogaduchy. Komfort psychiczny, który daje świadomość, że dzieci są zaopiekowanie a my możemy bez stresu odpoczywać, był bezcenny. I za to właśnie należą się największe podziękowania i ogromny szacun dla Instruktorów, ale i dla Organizatorów, że takich Instruktorów zatrudniają.

 

 

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on pinterest
Pinterest